Ludzie Sochaczewa

Tomek – strażak i fotograf

- Czym jest dla mnie bycie strażakiem? To służba, nie praca. To wyzwanie, które podejmuję na każdym dyżurze. To bycie ponad wszelkimi podziałami, chęć pomocy drugiej osobie, bez względu na jej status materialny, rasę, narodowość czy wyznanie. To także prestiż z wykonywania zawodu cieszącego się dużym zaufaniem społecznym i zarazem presja, by tego zaufania nie zawieść. To w końcu duma z noszonego munduru.

- Co lubię w tym zawodzie? Brak rutyny - aktywną pracę w różnych miejscach i o różnym czasie. Wielopłaszczyznowość zadań. Grę zespołową do jednej bramki. Satysfakcję z wykonanego zadania. Czasem słowo "dziękuję" po zakończonej akcji. Solidarność z kolegami z jednostki oraz strażakami z innych jednostek. - Czego nie lubię? Nie ma nic takiego. - Czy tak już zostanie? Czas pokaże. Mam nadzieję, że tak.

- Jak to się stało, że zostałem strażakiem? W klasie maturalnej zastanawiałem się nad wyborem studiów. Z racji tego, że jestem raczej umysłem ścisłym, szukałem uczelni technicznej, po której mógłbym robić coś ciekawego. Wystartowałem w egzaminach do Szkoły Głównej Służby Pożarniczej oraz na Wydział Inżynierii Lądowej Politechniki Warszawskiej. Udało się w obydwu miejscach, miałem w ręku dwa indeksy. Trzeba było wybrać. I tak ratownictwo wygrało z budownictwem.

- Ile mam lat i czy czuję się związany z naszym miastem, ewentualnie okolicą? Mam 31 lat. Stąd pochodzili moi dziadkowie, stąd pochodzą moi rodzice. Czuje się związany z okolicą, dlatego też właśnie tu rozpoczęła się moja służba po zakończeniu studiów. Po dłuższej nieobecności lubię tu wracać, bo czuję się tu "u siebie". Mam sentyment do tego miasta i okolic, to moja "mała ojczyzna".

Tomek jest też fotografem. I to dobrym. Łączy obie pasje, jego zdjęcia z akcji ratowniczych zapierają dech w piersiach.

Fajne? Podaj dalej ---->

Gamid – artysta wielokrotny

Spotkać Gamida w Sochaczewie to jak odkryć nowy ląd. A Gamid lubi spotkania, chętnie zaprasza nas do swojej prywatnej pracowni przy jednym z domów za Bzurą. Niby zwykły dom, choć wyróżniony szeregiem wielkich jak topole tuj. – To moi żołnierze – mówi. Salutują nam do samej pracowni. I otwiera się przed nami nowy świat, teraz zaglądające przez szklane ściany tuje wyglądają inaczej. I znaczą więcej.


Gamid natychmiast zaczyna opowiadać o wszystkim, co widzimy, o tym jak, po co i dlaczego tworzy. Mówi pięknie po polsku, tylko chwilami melodyjne zmiękczenia zdradzają, że pochodzi z daleka. Z Azerbejdżanu, dokładnie z Baku. To tam skończył pierwsze szkoły artystyczne, fotografię, ceramikę. Kontynuuje dziedzictwo ojca, artysty mocno rozpoznawalnego w Azerbejdżanie. – W naszym kraju Polska, polska sztuka, dobrze się kojarzą. Zakochałem się zwłaszcza w polskiej szkole fotografii z lat 60-tych ubiegłego wieku. I w polskim jazzie. Z tych wszystkich powodów któregoś dnia podjąłem decyzję o kontynuowaniu nauki w Warszawie.

Jak postanowił, tak uczynił. W 2006 roku 26-letni Azerbejdżanin stanął w naszej stolicy ze słownikiem w ręku. Dostał się na ASP, ale z potrzeby większej przestrzeni dla artystycznego wyrazu, wkrótce zdał też do Akademii Filmu i Telewizji w Warszawie. I tego było mało. Inne jego talenty zaowocowały zespołem jazzowo - eksperymentalnym. Fotograf, malarz, rzeźbiarz, operator, muzyk. I nic osobno, wszystko razem. To Gamid. Do bycia artystą takim, jak chce, potrzebuje tych wszystkich form ekspresji.

Ale nie uwierzyłby nikt sztuce Gamida, gdyby nie ów rdzeń, ten przymus sięgania do istoty ziemi, świata i przełożenia jej, pokazania, zamknięcia czy otwarcia, w swoich dziełach. Szuka jej tam, gdzie spodziewa się znaleźć, w przyrodzie, w naturze, ale tej ukrytej pod warstwą gleby, piachu, bruku. Szuka jej w prostocie, w zapomnianych, bezużytecznych przedmiotach, w sztuce plemiennej, afrykańskiej, we fragmencie oka, załamaniu obojczyka, samej wypukłości bioder. W zaprzeczeniu niezmienności i dostrzeżeniu nieustającego procesu, zmiany, której podlega wszystko i wszyscy, choć przecież gdzieś tam jest przecież źródło, ów początek, którego Gamid chce być bliżej i bliżej.

To przede wszystkim dlatego, a także trochę dlatego, że Gamid jest sam sobie menadżerem, marszandem, księgowym, nasz bohater odniósł i odnosi sukces. Jego przestrzenne obrazy, rzeźby, instalacje, organiczne w formie i barwie, zaskakujące pięknem naturalnych elementów, niedosłowną kolorystyką, kuszące tak, jakby oddziaływały na wszystkie zmysły, znajdują wielu nabywców. Galerie chętnie przyjmują te dzieła, wystawiają, sprzedają, filmowcy wypożyczają. Sztuka Gamida znakomicie wygląda w surowych, nowoczesnych, przestronnych wnętrzach. Wygląda i oddziałuje, nikt nie przechodzi obojętnie. – Robię spore rzeczy, coraz większe, wychodzę w przestrzeń, ale tylko tak osiągam zamierzony efekt. To jak z rzeką, żeby była rzeką, musi pachnieć, szumieć i być duża.
I taki Gamid mieszka u nas, w Sochaczewie, od pięciu lat. – W Warszawie brakowało mi drzew, a przede wszystkim własnej pracowni, takiej jak u mojego ojca. W tym czasie chętnie odwiedzałem Żelazową Wolę, ze względu na park i atmosferę. Tak poznałem też Sochaczew, obejrzałem okolicę, rozważyłem wszystkie za i przeciw i doszedłem do wniosku, że to jest moje miejsce na ziemi. Poszedłem do agencji nieruchomości, powiedziałem, jaki mam budżet, jakie oczekiwania, a oni znaleźli mi dom. Gdy go zobaczyłem, gdy zobaczyłem te tuje, zakończyłem poszukiwania.

Gamid wybudował pracownię swoich marzeń, ze szklanych ścian, by mogło tu jak najdłużej zaglądać niebo, słońce i drzewa. Kilka miesięcy temu rozpoczął współpracę z Sochaczewskim Centrum Kultury, prowadzi zajęcia w Boryszewie, raz w tygodniu. – Na razie jest nas niewiele, ale mam nadzieję, że będzie więcej. Tworzymy prace typowo konceptualne, teraz malujemy zapach. Zapraszam.
My też zapraszamy. Bo spotkanie Gamida w Sochaczewie to jak odkrycie nowego lądu.

/tekst Monika Figut/
/foto Wiktor Wachowski/



Fajne? Podaj dalej ---->

Michał i Zosia – cali z nadziei

- On lubi ciszę i spokój. Sam jest cichy i spokojny. To okaz cierpliwości – mówi o swoim synu Zosia. Michał ołówkiem przymocowanym do wskaźnika na głowie przeplata włóczkę na krośnie. Nie wiadomo, jak mu się to udaje. A przecież już widać kawałek choinki. Będzie świąteczna makatka. – Ale czasami mam swoje dni – odpowiada mamie. – No pewnie, że masz, jak każdy, czasami też się denerwujesz – śmieją się oboje.



Historię Michała sochaczewianie już trochę znają. Wiedzą, jak jest zdolny. Jak pięknie potrafi malować, układać kilkutysięczne puzzle, tworzyć grafiki. Bez użycia wykręconych spastycznie rąk. Tylko wskaźnikiem na głowie. Pamiętają też, jak zbierali nakrętki na windę do domu Michała, w sumie 12 ton. Robili to chętnie, nie tylko z podziwu dla jego mrówczej pracowitości i artystycznej wrażliwości, nie tylko dlatego, że autentycznie współczuli mu nabytej przy porodzie choroby. Ich serca otwierały się, gdy widzieli, jak matka dzień w dzień niesie na plecach dorosłego syna po schodach, by położyć go spać lub znieść na śniadanie.

- Nie raz żeśmy się wywalili – śmieje się Zosia, Michał głośno jej wtóruje. Udało się, dzięki mieszkańcom mają windę. – Teraz w ogóle jest lżej. Michał jest na zajęciach od 9.00 do 15.00, pod dobrą opieką, a ja mogę psychicznie odpocząć – Zosia ma na myśli Środowiskowy Dom Samopomocy przy Zamkowej. 31-letni Michał uczęszcza tu od siedmiu lat. Bardzo lubi to miejsce, bo lubi być wśród ludzi. I uwielbia tworzyć, a tu ma dobre do tego warunki. Tak samo lubił kiedyś swoją szkołę. – Był w niej po prostu zakochany, nauczyciele śnili mu się po nocach. Do dziś utrzymuje z nimi kontakt – opowiada mama i dodaje: - Skończył cały program, bo umysłowo jest bardzo sprawny, tylko to ciało.

To ciało jest bardzo spastyczne. Mama walczy o najmniejszą poprawę od chwili przyjścia syna na świat, kiedy doznał porażenia mózgowego. Nie ustają w rehabilitacji, szukają każdego sposobu na poprawę jakości życia Michała. – To nie jest łatwe, czasami robi się jeden krok do przodu, a trzy do tyłu. Na szczęście jesteśmy otoczeni dobrymi ludźmi. Mam starszych synów, którym pomoc wypływa prosto z serca. Ale też ciągle spotykamy osoby, które nam pomagają. Teraz mamy takiego cudownego wolontariusza, który opiekuje się Michałem w czasie rekolekcji w Niepokalanowie. On bardzo nam pomaga. I…, nie wiem Michał, czy możemy już powiedzieć, no dobrze, powiem, może uda się zdobyć taki nowy lek na spastyczność, podobno bardzo pomaga, oby, tylko nie wiem, ile będzie kosztował… Ale jak wszystko pójdzie dobrze, Michał dostanie ten lek i może naprawdę pomoże – patrzą na siebie i w ich oczach pojawia się błysk. Jasny, promienny, może go powodować tylko ona: NADZIEJA.

- Michał żyje nadzieją cały czas, od dzieciństwa – mówi Zosia. – Pamiętam pierwszy zawód. Tak się modlił, by w czasie pierwszej komunii św. Bóg go uzdrowił. Bardzo przeżył, gdy tak się nie stało. Miał 12 lat, serce mi się krajało, gdy widziałam ten jego smutek wtedy. Ale szybo odzyskał nadzieję i ta nie opuszcza go do dziś. Jest takim optymistą, to on podtrzymuje mnie na duchu.

Nie ma wątpliwości, że mamy też nie opuszcza. Ta nadzieja jest mądra, bo towarzyszą jej miłość i akceptacja. – Nie wyobrażam sobie życia bez niego, bez tego mycia, ubierania, zajmowania się nim.

A przecież nie jest im łatwo, skromne świadczenia ledwo wystarczają na życie, na węgiel co roku brakuje, a gdzie mówić o rehabilitacji, leczeniu, lekach, których potrzebuje sparaliżowany Michał. Zosia woli opowiadać jednak o kalendarzu, który Michał co roku wydaje z pomocą Urzędu Miasta. Ten ostatni właśnie jest w druku, nie mogą się doczekać, gdy go zobaczą i będą mogli rozdać przyjaciołom. Zosia z dumą chwali syna i za te kalendarze, i za piękne obrazy, i za komputer, który, jak mówi, „ma w jednym placu”, za talent, siłę i dobro, które w nim jest. W pewnej chwili wtrąca:

- Michał ma jedno marzenie. Chciałby na godzinę, tylko na godzinę, stanąć na nogi i zobaczyć, jak to jest zrobić samemu choć kilka kroków…

Może się uda, może lek, na który czekają, pomoże. Póki co możemy uszczęśliwić Michała i jego mamę inaczej: pamiętając o nich. Oni tego najbardziej potrzebują.



tekst: Monika Figut

foto: Wiktor Wachowski

Fajne? Podaj dalej ---->

Kamila – pedagog, artystka, mama

W tym domu… mówimy prawdę, popełniamy błędy, mówimy przepraszam, dajemy drugą szansę, lubimy się bawić, wybaczamy, jesteśmy cierpliwi, KOCHAMY – dewiza wydrukowana na ścianie domu Kamili i jej rodziny od razu rzuca się w oczy. – Dzieci świetnie się do niej odwołują, jak nabroją i grozi im kara, mówią, a gdzie druga szansa? – śmieje się Kamila. Przy jej nogach najmłodszy z synów, ma dopiero rok. Salon urzeka nas kolorami, nastrojem i ciepłem, bardzo szybko rozumiemy, że to nie ciepło kaloryferów czy barw, tym bardziej, że dominuje niebieski. To ciepło Kamili, które sprawia, że czujemy się jak u siebie, chętnie rozsiadamy się na sofach i gawędzimy. Kamila opowiada od tego początku, który zdecydował, że dziś jest tu, gdzie jest.

O wolontariacie w Zespole Szkół Specjalnych, gdy jako młoda dziewczyna czuła, że chce pracować z dziećmi niepełnosprawnymi i sprawdzała, że potrafi. Skończyła pedagogikę specjalną i to trudny kierunek oligofrenopedagogiki, wszystkie praktyki studenckie odbywając w sochaczewskiej placówce, a wkrótce rozpoczynając tu pracę. I tak od jedenastu lat, z przerwami na trzy urlopy macierzyńskie, zajmuje się niepełnosprawnymi dziećmi w erminowskiej szkole, głównie chorującymi na autyzm. Jest terapeutą integracji społecznej. Chętnie opowiada o tej pracy, widać, że to nie tylko zawód, to powołanie.

– Często spotykam się z twierdzeniem, że moja praca to poświęcenie. Nie mogę się z nim zgodzić – mówi. – Daję z siebie dokładnie tyle, ile otrzymuję od innych. Bardzo lubię, to co robię, choć na efekty tej pracy trzeba czekać latami. Czasami w ogóle nie ma efektów, a czasami z dnia na dzień się je traci. Dlatego w takim zawodzie, jak mój, lepiej skupiać się na drodze do celu, nim na samym celu. To samo powtarzam rodzicom i opiekunom dzieci, z którymi pracuję. Zamiast wciąż pędzić, stawać na głowie, by uzyskać jakiś postęp u chorego dziecka, lepiej cieszyć się samą pracą z nim. Podobnie ważna jest akceptacja, pogodzenie się z sytuacją posiadania niepełnosprawnego dziecka. Tylko na takiej zgodzie możliwe jest po pierwsze budowanie, po drugie osiągnięcie uczucia szczęścia, spełnienia, zwykłej codziennej radości.

Dla Kamili jej uczniowie to w pewnym sensie jej nauczyciele. – Te dzieci są wspaniałe, takie radosne. Cały czas się od nich uczę. Imponuje mi ich naturalność, bezpośredniość. W ich życiu nie ma miejsca na cwaniactwo, jakieś kombinowanie czy manipulowanie innymi. Tego samego oczekują od innych, natychmiast wyczuwają każdy fałsz i od razu przestają ufać. Uczę się więc od nich tej absolutnej szczerości, bycia w prawdzie. Muszę też patrzeć na świat ich oczami, wyczuwać wszystkie niuanse, które determinują ich zachowania, a dla przeciętnego człowieka są niemal niezauważalne.

Po drodze, wraz z pierwszym dzieckiem, pojawiło się w jej życiu rękodzieło. Było odpowiedzią na macierzyństwo. Zajmując się maleństwem miała nieodpartą chęć tworzenia. Zaczęła od filcowania, najpierw małe, potem większe rzeczy. Z czasem sięgnęła po inne formy wyrabiania wielokolorowej, bardzo kobiecej biżuterii. – Rękodzieło jest dla mnie bardzo ważne, w zasadzie cały czas coś robię, to taka wyłącznie moja przestrzeń. I cieszę się, że mogę ją przenosić również do życia zawodowego, co więcej, uwielbiam warsztaty artystyczne z dziećmi, kiedy widzę, jak się uczą, jak pobudza się ich wyobraźnia, kreatywność.

I tak Kamila weszła w przestrzeń publiczną, aktywnie uczestnicząc w większości kiermaszów artystycznych w Sochaczewie. Dając upust swojemu świadomemu macierzyństwu, a i duszy społecznika, z czasem dołączyła też do walecznych i aktywnych kobiet z Wesołej Chaty, które coraz wyraźniej widać w naszym mieście. Co jakiś czas spotykają się, wraz z dziećmi oczywiście, wymieniają doświadczenia, szydełkują, organizują warsztaty, jak te o wielkich walorach noszenia niemowląt w chustach, którymi bardzo mocno zaraziła się Kamila.

- Jestem szczęśliwa, mam kochającą się, dużą rodzinę, jak chciałam, pracę, którą lubię i która jest dla mnie wyzwaniem, a nawet dom z wymarzonym ogródkiem. A jednocześnie mam świadomość, że te wszystkie skarby to nie moja zasługa, dlatego pokornie za nie każdego dnia dziękuję.

tekst: Monika Figut
zdjęcia: Wiktor Wachowski

Fajne? Podaj dalej ---->

Krzysztof – pasjonat zielarstwa

To była krótka piłka. Któregoś dnia idąc po ulicach Sochaczewa dotarła do niego myśl: kurczę, po co ja te zioła ściągam ze świata, przecież mogę otworzyć sklep w swoim mieście. W jednej sekundzie zapadła decyzja. Rzucił dotychczasową pracę i wypłynął na głęboką wodę. Dziś, po czterech latach, do Zielarni na Warszawskiej drzwi się prawie nie zamykają. Ludzie przychodzą nie tylko po zioła, naturalną żywność czy kosmetyki bez chemii. Przychodzą pogadać. Krzysztof dzieli się swoją dużą wiedzą o medycynie niekonwencjonalnej chętnie. Wie, że wspólnie z żoną – pielęgniarką - mogą pomóc innym na poziomie profilaktycznym. Mówi, że spłaca w ten sposób dług za to, że kiedyś ktoś zupełnie bezinteresownie pokazał mu światło, którego tak potrzebował.

Moment krytyczny miał miejsce podczas jednego z wesel, na którym grał wspólnie z kolegą – czasami tak sobie dorabiali. – Spojrzałem wokoło, wszyscy się świetnie bawili, a ja byłem łysy, gruby, zmęczony, miałem problemy z sercem. Miałem dość. Poszedłem do lekarza, wyniki badań wyszły źle. Miałem 40 lat i poważne kłopoty ze zdrowiem – opowiada. Prowadził wtedy życie zawodowego kierowcy i akwizytora jednocześnie. Jak to jest, wiadomo, siedzący tryb życia, śmieciowe, szybkie jedzenie w podróży, zmęczenie, stres.

Już będąc pod opieką lekarską, zaczął czytać książki o zdrowiu i naturalnych sposobach dbałości o nie. To były coraz poważniejsze publikacje. Mając solidne podstawy teoretyczne, zdecydował się na tzw. dietę Kwaśniewskiego, czyli tłuste menu z wykluczeniem cukrów i ograniczeniem do minimum węglowodanów. – Do dziś na niej jestem, ale nie polecam jej nikomu, kto nie jest odpowiednio, wręcz fachowo przygotowany. Bo można sobie zaszkodzić – mówi.

Szybko i bardzo schudł. Po jakimś czasie skończyły się problemy z sercem, wyniki badań były w normie. Zanim to się jednak stało, wywrócił do góry nogami swoje myślenie o jedzeniu. – Ktoś kiedyś mi powiedział, nic, co widzisz w sklepie na półkach, nie nadaje się do jedzenia. I to prawda – i tu Krzysztof opowiada, jak „zniszczył” przydomowy trawnik i założył ogródek, który uprawia do dziś. Czuł się coraz lepiej i na tej drodze złapał kolejnego i chyba największego bakcyla – zielarstwo. Z wielką pasją przekazuje swoją wiedzę o mieszankach praktyka Sroki i wizjonera Klimuszki. Uważa je za najznakomitsze z ziół, leczące wiele zdrowotnych problemów.

Zgłębianie prozdrowotnej literatury zaprowadziło go też do medycyny chińskiej, z której wiele wyniósł. To w dużej mierze dzięki niej rozumie dziś, jak wielki wpływ na kondycję naszego ciała ma psychika. – Jeśli będziemy ciągle odczuwać niepokój, zdenerwowanie, nigdy nie zbijemy poziomu cholesterolu – przekonuje. Dlatego dziś do zdrowej diety dołączył między innymi ćwiczenia Qigong.

- Trzeba pozytywnie zbzikować, żeby dojść do zdrowia fizycznego i psychicznego – śmieje się. Ten bzik sprawił, że dziś jest prawdziwym ekspertem w dziedzinie zielarstwa. Ukończył wiele specjalistycznych szkoleń, uzyskał uprawnienia, dające mu m. in. dostęp do najbardziej profesjonalnych, najlepszych hurtowni. W swoim sklepie ma 5000 artykułów z najwyższej półki. Wiele z nich sprowadził na życzenie klientów, którym nie zwykł odmawiać.

- Zielarnia stała się elementem porządkującym moje pasję i wiedzę w tej dziedzinie. Przy tym mam pracę, którą lubię, i stale się czegoś nowego uczę. A tym, co spełnia mnie najbardziej, jest chwila satysfakcji, gdy mogę pomóc lub zainspirować innych do nowego spojrzenia na swoje zdrowie.

tekst: Monika Figut
foto: Wiktor Wachowski

ludzie.e-sochaczew.pl

Fajne? Podaj dalej ---->



Danuta – przyjaciółka kotów, artystka, dama

- To, co zobaczyłam, przerosło moje oczekiwania. Otóż ta drobna, starsza już kobieta stworzyła tym zwierzakom raj na ziemi i to w bloku. Kotki wszystkie wysterylizowane i wykastrowane, czyściutkie, tłuściutkie. Jedne wylegiwały się na trawniku pod balkonem, inne wychodziły z piwnicy, spokojne, nie poniewierane przez nikogo. Wiem, że musiała znieść wiele upokorzeń od różnych ludzi, zanim zaakceptowali obecność kotów na podwórku, w piwnicy. Ale jakoś jej się to udało. Jest tak ciepła dla tych kotów, że temu mojemu, blokowemu, zapuściła krople do oczu, odpchliła, a on stał jak zahipnotyzowany – napisała do nas jedna z czytelniczek, polecając zrobienie wywiadu z panią Danutą z Chodakowa. I napisała prawdę.

Cisza, spokój, ciepło i miłość. To wszystko uderzyło nas od drzwi. Jakaś niesamowita, jasna aura. W mieszkaniu pani Danuty czyściutko jak w pudełeczku. O obecności kotów świadczą tylko one same. Ich opiekunka mówi, że zużywa chyba najwięcej litrów wody w całym bloku, ba, w całym Sochaczewie. Ciągle pierze, sprząta. Nie chce, by jej podopieczni dali się w jakikolwiek sposób „odczuć” sąsiadom.
Na krześle śpi Siwka. Na balkonie, w mini hamaczku z kocyka i prześcieradełka śnieżnobiałego, podpiętego do sznurka spinaczami do bielizny, wypoczywa kolejna kotka. Danuta mówi, że to hamak zarezerwowany tylko dla niej. Wyglądamy przez barierki, na bardzo zielonym, zdobnym w krzewy, drzewo i kwiaty trawniku wylegują się inne koty. Na plecach, na brzuchach, na bokach. Faktycznie tłuściutkie, z sierścią lśniącą w ciepłym słońcu. Tylko jeden chudy, to starość, choć zajada z apetytem, już nie tyje. Na widok swojej pani podnoszą łebki i spokojnie się w nią wpatrują. Czekają, aż Danusia zadzwoni kluczami, wtedy pobiegną do domu lub piwnicy na posiłek.
Wracamy do mieszkania. Gospodyni siada w fotelu, Siwka natychmiast wskakuje jej na kolana. Obie chwilę rozmawiają, w końcu zadowolona kotka zwiesza się z ud i zasypia.
- Żaden z tych kotów nie jest mój, wszystkie zostały mi podrzucone, w tej chwili mam ich dwanaście – mówi z niegasnącym uśmiechem. A zaraz dodaje, że tu, pokazuje za oknem, wszystko jest jej, koty, bezdomne psy, ptaki, świerszcze, drzewa, kwiaty. I to wszystko chce być jej. Bo jakoś tak wszystko, czego dotknie, rośnie jak szalone, rozkwita. Wyrzuciła pestkę z dyni na trawnik, a teraz łodyga ledwo dźwiga pomarańczowe kule. To samo z kotami.
- Tak, faktycznie, zwierzęta mnie lubią, dziesięć osób miną obojętnie, a przy mnie się zatrzymują. Nie wiem, dlaczego tak jest, może wiedzą, że mogą być przy mnie bezpieczne.
Koty ma odkąd pamięta, ale nie była jej planem aż taka gromadka. Nie potrafi jednak odmówić pomocy wyrzuconemu czy podrzuconemu zwierzęciu.
Już po chwili rozmowy, wiemy, "dlaczego tak jest", dlaczego zwierzęta i rośliny chcą z nią być. To potężny, głęboki szacunek i pokora, jaki ta łagodna kobieta ma dla wszystkiego, co ją otacza. Mówi, że uczy się od swoich podopiecznych. Rozumie ich naturę i podporządkowuje się jej. Jak sobie nie życzą głaskania, nie głaszcze, jak chcą pobuszować dłużej w zaroślach, buszują. W zamian dostaje ich miłość i wdzięczność.
- One mnie leczą. Każdy wybiera sobie inne, chorujące miejsce. Żołądek, kolano, a potem masują. Myślę, że chodzi właśnie o to masowanie, ugniatanie łapkami, choć może i prawdą jest, że koty mają jakąś uzdrawiającą energię, w każdym razie po tym masowaniu dobrze się czuję – opowiada z uśmiechem. Słuchamy i podziwiamy jej klasę, jej inteligencję, styl, elokwencję. Myślimy, że ludzi tak ogromnej kultury jest coraz mniej.
Mieszka sama, nie dałaby rady ze skromnej emerytury zadbać o całe kocie towarzystwo. Tym bardziej, że do tej misji podchodzi niezwykle odpowiedzialnie. Pomaga jej Fundacja Nero, to dzięki niej wszystkie kotki są wysterylizowane, zaszczepione, zaczipowane, zdrowe. Jadwiga Wiśniewska, prezes Fundacji, przywozi też Danusi jedzenie dla kotów. Przywozi z zadowoleniem, mówi, że Danuta jest jedną z najmądrzejszych kocich mam, jakie zna w Sochaczewie.
Czasami też smakołyki podrzucają sąsiedzi. Danuta jest im bardzo wdzięczna, że akceptują całą sytuację i jeszcze okazują sympatię. A my się wcale nie dziwimy. Bo w zasadzie akceptować nie ma czego. Dzięki wielkiemu wysiłkowi naszej bohaterki, a także jej wspaniałej osobowości i aurze, która wzmacnia każdą żywą istotę, życie w pobliżu kociej rodziny nie stanowi żadnej uciążliwości. A do tego zero myszek w piwnicy.
No właśnie, piwnica, gdy weszliśmy do wnętrza, z którego korzystają wskakujące przez uchylony lufcik koty, oniemieliśmy. To nie piwnica, to zadbany, koci salon. Lśniące miseczki, kocyki równo wyściełane, każdy na osobnym legowisku. Zapasy karmy, a do tego Danusine weki, za specjalnymi drzwiczkami. Utrzymanie takiego porządku naprawdę wymaga ciężkiej pracy.
A przecież Danuta angażuje się w inne rzeczy. Maluje obrazy, zaraz będzie miała wystawę w Kramnicach Miejskich wraz z innymi członkiniami Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Pilnuje, by przyrodzie Chodakowa nic się nie stało. To dzięki niej wielowiekowy dąb, chyba najpiękniejszy w powiecie sochaczewskim, otrzymał miano pomnika przyrody i nadal stoi nietknięty, a było groźnie, gdy budowano blok mieszkalny tuż obok. Danusia nie pozwoliła ściąć żadnego konaru.
Nie chcemy, bo dobrze nam u niej, ale musimy się pożegnać. Na odchodne dostajemy po słoiku śliwkowych powideł i po bukieciku białych kwiatuszków, które pięknie wydziergała na szydełku. Mówi, że będą się dobrze prezentowały w koszyku wielkanocnym. Żałuje, że nie zdążyła nas poczęstować ciastem. Dziękujemy pani Danusiu, dziękujemy za wszystko. Wyszliśmy jakby lepsi.

tekst Monika Figut
foto Wiktor Wachowski

Fajne? Podaj dalej ---->

Dziadek – barman i menedżer

Od lat i dla wszystkich, i nawet nie wiadomo, dlaczego – Dziadek. Lubi tę ksywkę. Woli od imienia Mirek. To taka sceniczna tożsamość. Bo Dziadek ma dużo wspólnego ze sceną. Od lat dzięki niemu, i dzięki przychylności pubu Pełna Qlturka, gdzie pracuje, do Sochaczewa przyjeżdża wiele muzycznych, smakowitych gwiazd, również zza oceanu, dając niezapomniane, historyczne koncerty. Dziadek w sposób spontaniczny, z powołania, podnosi tym samym naprawdę znacząco poziom życia kulturalnego w naszym mieście. A zaczęło się jakieś trzydzieści lat temu w Kanadzie, w Toronto. Wtedy też zaczynał jako barman. W wolnych chwilach jeździł na koncerty, i to największych muzyków świata. Również później, gdy już wrócił do Polski i zamieszkał w stolicy, kontynuując karierę barmana w nocnych klubach. Menedżerstwo go zawsze kręciło. Wyjeżdżał do Niemiec, Holandii, gdzie poznał ludzi z branży rozrywkowej. Te kontakty owocują do dziś m. in. muzycznymi wydarzeniami w Socho. Sam nie wie, czy lubi, to co robi. – Całe życie z wariatami – mówi. – Ostre tempo, ciągle coś się dzieje, w Warszawie już byłem tym chaosem, wyścigiem z czasem, zmęczony. W Sochaczewie na szczęście wszystko się kręci trochę wolniej. No cóż, robię to, co umiem, siedzę w tym po uszy i nawet nie kontroluję kolejnych wydarzeń. Samo się dzieje. Powiem tylko tyle, że ze wszystkiego, co robię, najprzyjemniejsze jest barmaństwo. I nie chodzi sztukę zawodu, lecz o luźny kontakt z ludźmi. O te chwilę, kiedy sobie przy barze gadamy. Często o niczym ważnym, ale te rozmowy zwyczajnie są miłe.

tekst Monika Figut
foto Wiktor Wachowski

Fajne? Podaj dalej ---->

Edward – krawiec

Maleńki zakład, w zasadzie budka na Batorego, u zbiegu z Warszawską. Wciśnięta w głąb podwórka, tak, że dziś mało kto w ogóle wie, że ona tu jest. A ona tu jest, w zasadzie trwa, niezmiennie od stycznia 1957 roku, kiedy to Edward utworzył tu zakład krawiecki. Nauczył się tego fachu w płockim powiecie. To był dobry zawód. Ubierały się u niego najszykowniejsze sochaczewskie damy, ubierali eleganccy panowie. Edward był w stanie sprostać największym wymaganiom. Pracy było tyle, że pomagała mu żona. I dobrze im się żyło. Dziś roboty tyle, co kot napłakał. Edward mówi, że już krawcy niepotrzebni. Za obstalunek się nie bierze, bo nie ma siły. Jakieś drobne poprawki. Ale przychodzi do swojej budki. Niecodziennie, bo czasami pogoda za trudna. Ale przychodzi. – Nie wiem, może jestem tu ostatni dzień, tego nigdy nie wiadomo – i uśmiecha się. Cały czas się uśmiecha. Tym uśmiecha wita każdego gościa. A gości niewielu, jacyś znajomi, czasami ktoś zbłąkany. A warto tu zajrzeć, by w oka mgnieniu, tuż za progiem znaleźć się w latach 60-tych ubiegłego wieku. To samo żelazko, ta sama maszyna, ten sam wieszak i lustro. Warto wpaść do Edwarda, by odwzajemnić mu uśmiech, ucieszyć się, że jest, podziękować za miliony świetnie skrojonych garniturów i sukienek.

Fajne? Podaj dalej ---->

Franciszek – szewc

W tym samym miejscu od 40 lat. Niezmienny, jak zatrzymany w czasie. Wszystko wokół pędzi, zmienia się, uwspółcześnia, kolorowieje. A tu nic nawet nie drgnie. W swoim zakładzie szewskim na ul. Żeromskiego, pośród niezliczonych par butów, torebek, przycupnięty, zgarbiony nad sprawdzonym od pół wieku kopytem, pod tą samą co zawsze lampką, w strugach wątłego światła z trudem przedzierającego się przez pokryte wieloletnim kurzem okno, Franciszek wygląda jak obraz z dawno minionej epoki. Gdy wchodzimy, podnosi głowę z uśmiechem, gdy wyciągamy aparat, zdejmuje okulary, gdy mówimy, że chcemy o nim napisać, z dumą wyjmuje wszystkie dyplomy, potwierdzające jego mistrzowsko opanowane rzemiosło, wszystkie certyfikaty, podziękowania i gratulacje. Wie, że jest najlepszym szewcem w mieście. – Ciągle jest tyle roboty, bo wszyscy chcą przychodzić tylko do mnie – opowiada. Gdy niedawno złamał nogę, dowozili go, żeby mógł naprawiać buty. I tak od 70 lat, nieprzerwanie. A przecież zbliża się do dziewięćdziesiątki. Pamięta dobrze, kiedy to się zaczęło. Nauczył się fachu u chrzestnego – szewca na Boryszewie. Ojciec zawiózł go tam jako szesnastoletniego chłopaka w 1945 roku razem z pierzyną i zostawił na praktykę. To było lepsze niż roboty przy okopach, do których zabierali go Niemcy. Potem tylko doskonalił rzemiosło, aż mógł otworzyć własny zakład, gdzie do dziś pracuje. A pracuje, bo chce, bo to lubi, bo umie to robić, bo czuje się potrzebny, bo nie wyżyłby ze swojej maleńkiej, nieludzko maleńkiej emerytury.

Fajne? Podaj dalej ---->

Maja – ceramiczka

Dużo przeszła, by być tu, gdzie jest. I by móc poczuć, że ma życie przed sobą. Przełomem był dzień, gdy postanowiła postawić na siebie. Na to, jak faktycznie siebie realizować. Wymagało to nie lada odwagi. Bo postawiła na pasję, na swój talent, a przecież jeszcze nie wie, czy da się z tego żyć. Ale wsiąkła totalnie i jest szczęśliwa. Wreszcie czuje, że jest. Wprawdzie lubiła uczyć, a robiła to przez 14 lat, lubiła zajmować się dziećmi, bo pracowała w Domu Dziecka, jednak zawsze drzemała w niej większa miłość do sztuki, do potrzeby tworzenia. W końcu coś pękło i poszła na kurs ceramiki artystycznej. Dziś nie wychodzi z pracowni. Jej sztuka ewaluuje. Od symbolizmu przeszła do abstrakcji, ale takiej organicznej, niezwykle bliskiej naturze. Jej wazony ustawione w ogrodzie czy na tarasie przywodzą na myśl niezwykłe, pierwotne formy czysto przyrodnicze, urzekają swym ponadczasowym pięknem. Każdy kafelek, każda płytka jest inna. Bo każda wykonana własnoręcznie od początku do końca przez Majkę. Często są niemal trójwymiarowe, wychodzą do nas i jednocześnie zapadają się w siebie, prowokują do dotykania, delektowania się fakturą. Właśnie przestrzeń jest teraz dla Majki wyzwaniem, na tym polu eksperymentuje, codziennie próbuje czegoś nowego. Nie mogąc uwolnić się od poszukiwania doskonałej formy, z rzemieślnika przeradza się w autentycznego artystę, marząc, że kiedyś wszystko, co potrafi i czuje połączy w jednorodny, tylko Majkowy styl. Trzymamy kciuki.

foto Wiktor Wachowski

Fajne? Podaj dalej ---->



Jan – rzeźbiarz

Od 32 lat zrośnięty dłutem z Żelazową Wolą. To tu zarabia na chleb, ciesząc turystów drewnianymi figurkami i większymi rzeźbami. Mówi, że to rzemiosło, że to zawód i dlatego nie przywiązuje się do swoich dzieł i dziełek. Są na sprzedaż. Ale z drugiej strony nie potrafi bez nich żyć. Bez wydobywania kolejnych kształtów ptaków czy postaci Chrystusa. To dzięki tym wszystkim aniołkom dla klientów, tak pomiędzy nimi, od czasu do czasu zdarza mu się być artystą. Tak twierdzi. Ale nikt nie ma wątpliwości, że Jan naprawdę nim jest. Jego jednorodny zwarty styl syntetycznych, ludowych, rytmicznych figur dowodzi tego najdobitniej. Dziś jest inauguracja nowego sezonu w kramie przed dworkiem Chopina. Ważny dzień, od niego zależy, jak powiedzie się reszta dni. Taki przesąd. Musi coś sprzedać. Jan uśmiecha się, bo sprzedał. I to nie jedną rzeźbę. Będzie dobry sezon. Szczerze mówi o wszystkim. Nie wie, kiedy zaczął rzeźbić. Robi to od zawsze, od dzieciństwa. To dobra praca, bo wymierna. Miarą jest zadowolenie klienta. Jan cieszy się też, że ma co dzięki niej jeść i że jest wolny. Że nie musi nikogo słuchać, sam jest sobie szefem, od nikogo i niczego nie zależy, nie musi się bać, że z jakichkolwiek powodów straci pracę. To dla niego wartość największa, nieoceniona. Dlatego tak rozkłada siły, żeby ich starczyło do 85 roku życia. Może wtedy wreszcie spłaci swój bilet za miejsce na Ziemi. Miał 27 lat, gdy napisał ten wiersz:

Na usprawiedliwienie chciałbym dodać jeszcze,
Że czymś przecież muszę zapłacić za mój bilet
Za miejsce na ziemi. Może właśnie tym wierszem?
Może chwilą piękna zatrzymaną dłutem
W kawałku drewna?
[1979]

Fajne? Podaj dalej ---->

Kazimierz – młynarz

Żeby coś z tego było, trzeba to bardzo kochać – mówi Kazimierz. W chodakowskim młynie zimno jak w psiarni. Nic dziwnego. Stare, sięgające XVIII wieku mury. I wszystko stare. Kazimierz miele mąkę na urządzeniach pamiętających wojnę. Mąkę taką samą jak wtedy. Dziś to towar ekskluzywny, ekologiczny, zjeżdżają po nią miłośnicy naturalnego jedzenia z Błonia, Pruszkowa, Milanówka, Warszawy, pojedynczy sochaczewianie. A Kazimierz pamięta, jak pod młynem stały wielkie kolejki z wozami. Interes szedł jak złoto. A dziś? – Gdybym to zostawił, wszystko by się rozpadło – wzdycha. Od dwóch lat siedzi w młynie sam jak palec. Przyzwyczaił się do zimna. Siada w komórce i czeka. Może ktoś przyjedzie. Nie umie robić nic innego. Od ponad 40 lat jest młynarzem. Gdy pozwolić mu mówić, jak powstaje jego mąka, policzki mu płoną, oczy błyszczą. To prawdziwy mistrz młynarstwa. – Szkoda, że to wszystko wymiera. Dziś już nie ma ludzi do roboty, są tylko do pióra. Wziąłem takiego jednego do pomocy, to mój Boże, chłop jak dąb, a worka nie mógł podźwignąć – Kazimierz jest filigranowy, drobny, ale worki dźwiga. I jeszcze troszkę podźwiga. Dopóki zdrowie pozwoli. Bo chociaż dziś ten młyn jest dla niego jak kula u nogi, gdyby go nie miał: - To bym zwariował.

Fajne? Podaj dalej ---->

Małgorzata - florystka

Gdy odbywała staż w oczyszczalni ścieków, nie przypuszczała, że za kilka lat będzie mogła walczyć o tytuł najlepszej we Florystycznych Mistrzostwach Polski. Że będzie aranżować kwiatowe dekoracje ślubne i okolicznościowe. Że jej tytuł inżyniera środowiska pójdzie w niepamięć. Że stanie się… artystką. Ale wiedziała, że coś jest nie tak. Że ścieki nie są jej światem. Że woli tę drugą stronę natury, piękniejszą, zmysłową. Dziś rzeźbi w kwiatach. Zawodowo, ale przede wszystkim z pasji. Angażuje w to całą siebie. Bo kwiaty są jak ona. Delikatne, zmienne. Dlatego nie jest jej przykro, gdy jej kwiatowa rzeźba umiera. Wręcz przeciwnie. Uwielbia właśnie fakt, że jej dzieła żyją. Uwielbia ten proces dojrzewania i gaśnięcia. Gdy bukiet już po kilku godzinach wygląda i pachnie zupełnie inaczej, bo kwiaty dojrzały, rozkwitły, przeszły przemianę, udowodniły, że żyją. Dlatego Małgorzata jest dziś spełniona, podąża tą drogą, aż do spełnienia marzenia o byciu jednym z najlepszych florystów w Polsce, a może i dalej.

Fajne? Podaj dalej ---->

Pełna wersja portalu