Danuta – przyjaciółka kotów, artystka, dama

Danuta – przyjaciółka kotów, artystka, dama

- To, co zobaczyłam, przerosło moje oczekiwania. Otóż ta drobna, starsza już kobieta stworzyła tym zwierzakom raj na ziemi i to w bloku. Kotki wszystkie wysterylizowane i wykastrowane, czyściutkie, tłuściutkie. Jedne wylegiwały się na trawniku pod balkonem, inne wychodziły z piwnicy, spokojne, nie poniewierane przez nikogo. Wiem, że musiała znieść wiele upokorzeń od różnych ludzi, zanim zaakceptowali obecność kotów na podwórku, w piwnicy. Ale jakoś jej się to udało. Jest tak ciepła dla tych kotów, że temu mojemu, blokowemu, zapuściła krople do oczu, odpchliła, a on stał jak zahipnotyzowany – napisała do nas jedna z czytelniczek, polecając zrobienie wywiadu z panią Danutą z Chodakowa. I napisała prawdę.

Cisza, spokój, ciepło i miłość. To wszystko uderzyło nas od drzwi. Jakaś niesamowita, jasna aura. W mieszkaniu pani Danuty czyściutko jak w pudełeczku. O obecności kotów świadczą tylko one same. Ich opiekunka mówi, że zużywa chyba najwięcej litrów wody w całym bloku, ba, w całym Sochaczewie. Ciągle pierze, sprząta. Nie chce, by jej podopieczni dali się w jakikolwiek sposób „odczuć” sąsiadom.
Na krześle śpi Siwka. Na balkonie, w mini hamaczku z kocyka i prześcieradełka śnieżnobiałego, podpiętego do sznurka spinaczami do bielizny, wypoczywa kolejna kotka. Danuta mówi, że to hamak zarezerwowany tylko dla niej. Wyglądamy przez barierki, na bardzo zielonym, zdobnym w krzewy, drzewo i kwiaty trawniku wylegują się inne koty. Na plecach, na brzuchach, na bokach. Faktycznie tłuściutkie, z sierścią lśniącą w ciepłym słońcu. Tylko jeden chudy, to starość, choć zajada z apetytem, już nie tyje. Na widok swojej pani podnoszą łebki i spokojnie się w nią wpatrują. Czekają, aż Danusia zadzwoni kluczami, wtedy pobiegną do domu lub piwnicy na posiłek.
Wracamy do mieszkania. Gospodyni siada w fotelu, Siwka natychmiast wskakuje jej na kolana. Obie chwilę rozmawiają, w końcu zadowolona kotka zwiesza się z ud i zasypia.
- Żaden z tych kotów nie jest mój, wszystkie zostały mi podrzucone, w tej chwili mam ich dwanaście – mówi z niegasnącym uśmiechem. A zaraz dodaje, że tu, pokazuje za oknem, wszystko jest jej, koty, bezdomne psy, ptaki, świerszcze, drzewa, kwiaty. I to wszystko chce być jej. Bo jakoś tak wszystko, czego dotknie, rośnie jak szalone, rozkwita. Wyrzuciła pestkę z dyni na trawnik, a teraz łodyga ledwo dźwiga pomarańczowe kule. To samo z kotami.
- Tak, faktycznie, zwierzęta mnie lubią, dziesięć osób miną obojętnie, a przy mnie się zatrzymują. Nie wiem, dlaczego tak jest, może wiedzą, że mogą być przy mnie bezpieczne.
Koty ma odkąd pamięta, ale nie była jej planem aż taka gromadka. Nie potrafi jednak odmówić pomocy wyrzuconemu czy podrzuconemu zwierzęciu.
Już po chwili rozmowy, wiemy, "dlaczego tak jest", dlaczego zwierzęta i rośliny chcą z nią być. To potężny, głęboki szacunek i pokora, jaki ta łagodna kobieta ma dla wszystkiego, co ją otacza. Mówi, że uczy się od swoich podopiecznych. Rozumie ich naturę i podporządkowuje się jej. Jak sobie nie życzą głaskania, nie głaszcze, jak chcą pobuszować dłużej w zaroślach, buszują. W zamian dostaje ich miłość i wdzięczność.
- One mnie leczą. Każdy wybiera sobie inne, chorujące miejsce. Żołądek, kolano, a potem masują. Myślę, że chodzi właśnie o to masowanie, ugniatanie łapkami, choć może i prawdą jest, że koty mają jakąś uzdrawiającą energię, w każdym razie po tym masowaniu dobrze się czuję – opowiada z uśmiechem. Słuchamy i podziwiamy jej klasę, jej inteligencję, styl, elokwencję. Myślimy, że ludzi tak ogromnej kultury jest coraz mniej.
Mieszka sama, nie dałaby rady ze skromnej emerytury zadbać o całe kocie towarzystwo. Tym bardziej, że do tej misji podchodzi niezwykle odpowiedzialnie. Pomaga jej Fundacja Nero, to dzięki niej wszystkie kotki są wysterylizowane, zaszczepione, zaczipowane, zdrowe. Jadwiga Wiśniewska, prezes Fundacji, przywozi też Danusi jedzenie dla kotów. Przywozi z zadowoleniem, mówi, że Danuta jest jedną z najmądrzejszych kocich mam, jakie zna w Sochaczewie.
Czasami też smakołyki podrzucają sąsiedzi. Danuta jest im bardzo wdzięczna, że akceptują całą sytuację i jeszcze okazują sympatię. A my się wcale nie dziwimy. Bo w zasadzie akceptować nie ma czego. Dzięki wielkiemu wysiłkowi naszej bohaterki, a także jej wspaniałej osobowości i aurze, która wzmacnia każdą żywą istotę, życie w pobliżu kociej rodziny nie stanowi żadnej uciążliwości. A do tego zero myszek w piwnicy.
No właśnie, piwnica, gdy weszliśmy do wnętrza, z którego korzystają wskakujące przez uchylony lufcik koty, oniemieliśmy. To nie piwnica, to zadbany, koci salon. Lśniące miseczki, kocyki równo wyściełane, każdy na osobnym legowisku. Zapasy karmy, a do tego Danusine weki, za specjalnymi drzwiczkami. Utrzymanie takiego porządku naprawdę wymaga ciężkiej pracy.
A przecież Danuta angażuje się w inne rzeczy. Maluje obrazy, zaraz będzie miała wystawę w Kramnicach Miejskich wraz z innymi członkiniami Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Pilnuje, by przyrodzie Chodakowa nic się nie stało. To dzięki niej wielowiekowy dąb, chyba najpiękniejszy w powiecie sochaczewskim, otrzymał miano pomnika przyrody i nadal stoi nietknięty, a było groźnie, gdy budowano blok mieszkalny tuż obok. Danusia nie pozwoliła ściąć żadnego konaru.
Nie chcemy, bo dobrze nam u niej, ale musimy się pożegnać. Na odchodne dostajemy po słoiku śliwkowych powideł i po bukieciku białych kwiatuszków, które pięknie wydziergała na szydełku. Mówi, że będą się dobrze prezentowały w koszyku wielkanocnym. Żałuje, że nie zdążyła nas poczęstować ciastem. Dziękujemy pani Danusiu, dziękujemy za wszystko. Wyszliśmy jakby lepsi.

tekst Monika Figut
foto Wiktor Wachowski

Fajne? Podaj dalej ---->




Pełna wersja portalu