Kazimierz – młynarz

Kazimierz – młynarz

Żeby co¶ z tego było, trzeba to bardzo kochać – mówi Kazimierz. W chodakowskim młynie zimno jak w psiarni. Nic dziwnego. Stare, sięgaj±ce XVIII wieku mury. I wszystko stare. Kazimierz miele m±kę na urz±dzeniach pamiętaj±cych wojnę. M±kę tak± sam± jak wtedy. Dzi¶ to towar ekskluzywny, ekologiczny, zjeżdżaj± po ni± miło¶nicy naturalnego jedzenia z Błonia, Pruszkowa, Milanówka, Warszawy, pojedynczy sochaczewianie. A Kazimierz pamięta, jak pod młynem stały wielkie kolejki z wozami. Interes szedł jak złoto. A dzi¶? – Gdybym to zostawił, wszystko by się rozpadło – wzdycha. Od dwóch lat siedzi w młynie sam jak palec. Przyzwyczaił się do zimna. Siada w komórce i czeka. Może kto¶ przyjedzie. Nie umie robić nic innego. Od ponad 40 lat jest młynarzem. Gdy pozwolić mu mówić, jak powstaje jego m±ka, policzki mu płon±, oczy błyszcz±. To prawdziwy mistrz młynarstwa. – Szkoda, że to wszystko wymiera. Dzi¶ już nie ma ludzi do roboty, s± tylko do pióra. Wzi±łem takiego jednego do pomocy, to mój Boże, chłop jak d±b, a worka nie mógł podĽwign±ć – Kazimierz jest filigranowy, drobny, ale worki dĽwiga. I jeszcze troszkę podĽwiga. Dopóki zdrowie pozwoli. Bo chociaż dzi¶ ten młyn jest dla niego jak kula u nogi, gdyby go nie miał: - To bym zwariował.

Fajne? Podaj dalej ---->




Pełna wersja portalu