Franciszek – szewc

Franciszek – szewc

W tym samym miejscu od 40 lat. Niezmienny, jak zatrzymany w czasie. Wszystko wokół pędzi, zmienia się, uwspółcześnia, kolorowieje. A tu nic nawet nie drgnie. W swoim zakładzie szewskim na ul. Żeromskiego, pośród niezliczonych par butów, torebek, przycupnięty, zgarbiony nad sprawdzonym od pół wieku kopytem, pod tą samą co zawsze lampką, w strugach wątłego światła z trudem przedzierającego się przez pokryte wieloletnim kurzem okno, Franciszek wygląda jak obraz z dawno minionej epoki. Gdy wchodzimy, podnosi głowę z uśmiechem, gdy wyciągamy aparat, zdejmuje okulary, gdy mówimy, że chcemy o nim napisać, z dumą wyjmuje wszystkie dyplomy, potwierdzające jego mistrzowsko opanowane rzemiosło, wszystkie certyfikaty, podziękowania i gratulacje. Wie, że jest najlepszym szewcem w mieście. – Ciągle jest tyle roboty, bo wszyscy chcą przychodzić tylko do mnie – opowiada. Gdy niedawno złamał nogę, dowozili go, żeby mógł naprawiać buty. I tak od 70 lat, nieprzerwanie. A przecież zbliża się do dziewięćdziesiątki. Pamięta dobrze, kiedy to się zaczęło. Nauczył się fachu u chrzestnego – szewca na Boryszewie. Ojciec zawiózł go tam jako szesnastoletniego chłopaka w 1945 roku razem z pierzyną i zostawił na praktykę. To było lepsze niż roboty przy okopach, do których zabierali go Niemcy. Potem tylko doskonalił rzemiosło, aż mógł otworzyć własny zakład, gdzie do dziś pracuje. A pracuje, bo chce, bo to lubi, bo umie to robić, bo czuje się potrzebny, bo nie wyżyłby ze swojej maleńkiej, nieludzko maleńkiej emerytury.

Fajne? Podaj dalej ---->




Pełna wersja portalu